Elfowie

Wszyscy mieszkańcy Rivendell zebrali się na wschodnim skraju doliny. Gdy tylko zwiadowcy dostrzegli światła na przełęczy, rozeszła się wieść, że wreszcie przybyli z dawna oczekiwani goście. Wszystko już było gotowe – puste pokoje wysprzątane oraz (w niektórych przypadkach) umeblowane na nowo. Kucharze szykowali już dania na wielką ucztę powitalną – zabaw i śpiewów nie będzie końca, chociaż wszystkie one zabarwione będą smutkiem.

Elladan i Elrohir stali na środku drogi, czekając cierpliwie. Ci, którzy pozostali w Imladris (czyli niespełna dwie z trzech części mieszkańców za panowania Elronda) otaczali ich tłumem. Wielu trzymało w dłoniach elfie lampiony, które w swej mnogości wyglądały niczym odbicie zawieszonych na ciemnym niebie świateł Elbereth.

Goście, choć niewątpliwie znużeni podróżą najwidoczniej nie chcieli ryzykować spędzania kolejnej nocy w Górach Mglistych. Wprawdzie okolice te były spokojniejsze niż kiedyś, nikt jednak nie wie ilu jeszcze orków może roić się w głębokich jaskiniach pod górami. A ostrożności w tej kwestii nigdy za wiele. Niewielu wiedziało o tym lepiej niż synowie Elronda, za sprawą orków skazani na rozłąkę z matką.

Bracia, niemal identyczni, stali w milczeniu. Ich czułe uszy wyłapywały szepty poddanych. „Ciekawe ilu zostanie?” „Podobno strasznie są ponurzy, ale trudno o lepszych łuczników” „Co na to Erestor?”. Ciemnowłosy elf, dawny doradca Elronda wolał pozostać w Śródziemiu niż towarzyszyć swemu panu w drodze na Zachód. Z jednej strony była to dobra wiadomość – był bez wątpienia mądrym i doświadczonym elfem oraz zręcznym rzemieślnikiem – ale nigdy nie było przyjaźni między nim a Elladanem i Elrohirem. Półelfowie zbyt często musieli rywalizować z nim o uwagę swego ojca. Teraz też nie zapowiadało się lepiej – Erestor ściśle otoczony był gronem swoich zwolenników. Czy zechce mieszać się w politykę Imladris? – głowili się synowie Elrona. Trudno oczekiwać czegokolwiek innego.

Bystre oczy elfów widziały już wyraźnie zbliżających się gości. Odziani w szare stroje, z długimi łukami i mieczami u boków. Niektórzy nieśli pochodnie przez co wyglądali jakby szli na wojnę. Ale nikt tak nie myślał. Wiedzieli dobrze, że tutejsze siedziby ugoszczą ich tylko przez jakiś czas, może ledwie sto lat, zanim ruszą w dalszą drogę na Zachód.

Na czele pochodu, na wielkim białym koniu, jechał dostojny jeździec. Odziany w biel i srebro, długie włosy spływały mu po ramionach srebrzystym strumieniem. Nie miał broni, ale każdy bez trudu rozpoznał Celeborna, władcę Galadrimów. „Kto teraz rządzi w Lothlorien?” pomyślało teraz wielu elfów, ale wszyscy milczeli, bo oto jeździec uniósł dłoń. Na ten sygnał pochód Galadrimów zatrzymał się, Celeborn zaś zeskoczył z konia i wyszedł na spotkanie synom swojej córki, Celebriany. Smutek i radość mieszały się na jego twarzy, gdy witał obu braci. Erestor przyglądał się wszystkiemu z oddali.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Można użyć HTML oraz <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>