Gra Główna 2016 – opowiadanie

Szykujecie się do Gry Głównej „Bitwa o Shire”? Przeczytajcie poniższe trzyczęściowe opowiadanie autorstwa Wojciecha „Pandy” Łandy (głównego Mistrza Gry na GG), a łatwo wejdziecie w klimat IV Ery Śródziemia w fornostowej wersji 😉

 

Część I

Wczesnym popołudniem Fengar wjechał na swojej gniadej klaczce na szczyt wzgórza. Odrzucił na plecy kaptur zielonego płaszcza, odsłonił jasne włosy spięte w kucyk i oczy w kolorze nieba. Ubrany był jak do długiej podróży, ale spod płaszcza widać było łuskowatą skórznię przetykaną kolczymi wstawkami. U pasa nosił krótki miecz w szerokiej pochwie, przy siodle wiązał jeździecki kołczan. Mając słońce za plecami, miał doskonały widok aż po horyzont. Wsparł ręce o łęk kulbaki i zaczął liczyć jednostki. Prawdziwa armia spływała ze wzgórz ku równinom Eriadoru. Na czele szły równe szeregi wysokich mężczyzn. Z religijnym uniesieniem śpiewali monotonne wersy psalmów, szeregi odpowiadały im po chwili. Ubrani byli w czarne szaty zdobione czerwonymi emblematami i ozdobnymi szwami w tym samym kolorze. Na głowach nosili wysokie, półokrągło zakończone czapy lub hełmy. W rękach nieśli proporce lub ogień zamknięty w żelaznych lampach. Dalej szli wojownicy w czarnych pancerzach – rekruci czy najemnicy, jednolicie ubrani i wyposażeni w broń o poczernionych ostrzach lub piki z czarnego drewna. Fengar spojrzał dalej, dostrzegł chaotycznie pogrupowaną w niewielkie bandy rzeszę pokracznych goblinów, a za nimi oddziały brodatych Dunlandczyków. Górale ubrani byli w skołtunione futra, a na ramionach opierali wielkie topory. Bokiem, po obu stronach kolumny wojska, ciągnęły szeregi jazdy dosiadającej niewysokich, lecz masywnych koni. Wszystkich było, biorąc poprawkę na oddziały, których Fengar dojrzeć nie mógł, niemal dziesięć tysięcy ludzi i nieludzi – nie licząc czeladzi obozowej i innych posługaczy ciągnących za armią. Samotny jeździec nie mógł dłużej czekać, jeśli nie chciał nadziać się na niewidoczną w górzystym terenie przednią straż lub innych harcowników. Zawrócił konia i niespiesznym kłusem ruszył w powrotną drogę.

***

Do obozu dotarł pod wieczór. Uniesioną ręką powitał go stojący na warcie Roddy, niegdyś brodaty rybak z okolic Lond Daer, a od kilku lat wyśmienity rębajło ze słabością do zdobionych dubletów i pięknych dziewcząt. Sam obóz to było zaledwie pięć burych namiotów, mniej niż dziesięć koni uwiązanych na skraju i wspólne palenisko. Wszystko to na płaskim wzniesieniu zarośniętym kolczastymi krzakami, nieopodal strumienia odbijającego od Mitheithel. Obecnie w oddziale było ich tylko sześcioro, sześcioro najemników bez najemcy ni wyraźnego celu podróży. Tylu ich zostało po zniknięciu Khaleta, wcześniejszego dowódcy. Owy Khalet był człowiekiem, do którego lgnęły tłumy. Prawdziwy bohater, pogromca upiornego wilka pustoszącego prawy brzeg Bruinen i goblińskiego króla z Gór Mglistych. Żywa legenda, może nie tak sławna jak Achos, ale wystarczająco znana, by pod swoim sztandarem zgromadzić bez mała pół setki jeźdźców walczących za dukata. Potem Khalet odszedł – nocą, bez pożegnania i wyjaśnień. Złośliwi mówili, że założył karczmę na wschodzie albo że wiedźmę wziął za żonę. Ale jaka była prawda? W każdym razie oddział Khaleta zmarniał, podzielił się. Część wróciła na rolę, część do rodzin z Bree, a jeszcze inni założyli grasanckie szajki. Co za ironia, czyż nie dla ochrony przed bandytami niewielkie miasteczka wynajmowały khaletczyków? Gdy Fengar wjeżdżał między namioty, przy palenisku leżał Anbor wyciągnięty na derce, z siodłem pod głową. Rudy Gondorczyk podniósł się na rękach.
– Jesteś, nie mogliśmy się ruszyć bez ciebie. – Anbor pełnił rolę dowódcy, wielki był z niego chłop, dobry przyjaciel. W oddziale nazywali go “Rudy”, mało oryginalnie. Podobno był kiedyś setnikiem w gondorskiej Armii Północ.
– Tęskniłeś, Rudy? – zapytał z uśmiechem Fengar, zsiadając z konia.
– Violet wytropiła mały oddział Czarnych podróżujących na zachód. – Anbor spoważniał. – Jechała kupić jedzenie od pasterzy, a znalazła ich pomordowanych, rozproszone stada… – Wstał, zaczął zwijać posłanie – Czarni mają zdrowe konie, pełne sakwy, być może pieniądze. Co prawda w smoczej monecie, ale złoto to złoto – uśmiechnął się. – To będzie dobre polowanie. Co widziałeś na wschodzie?
– Wszystko prawda – powiedział Fengar, klepiąc konia po pysku – armia schodzi z gór. Widziałem żołnierzy, gobliny. Idą z nimi górale, jedna trzecia całej armii. Smoka nie widziałem, jeśli chciałbyś spytać.
– Chciałbym – uśmiechnął się krzywo Anbor – To, że nie widziałeś, nie znaczy, że go nie ma. – Podniósł siodło i ruszył w kierunku koni. – Dużo?
– Dziesięć tysięcy, może więcej. Dobrze uzbrojeni. Mają sztandary i wszystko, idą jak pod urokiem…
– Mówiłem, że smok to nie bajka. – Gdy doszli do koni, Anbor położył siodło na zaschłej trawie. – Fornost ich ścigał nie będzie, bo mają wroga u bram. Podobno padły już północne strażnice. – Gondorczyk podszedł do swoich rzeczy spakowanych w podróżne torby, wygrzebał przeszywkę i kolczą koszulę. Zabrał się za przygotowania do drogi. – Toby! Bergel! Zwijacie obóz! Niech ktoś obudzi Violet! – wydał rozkazy i ciągnął dalej. – Gondor też nikogo nie wyśle, bo dzicy walą na nich w niespotykanej sile. Twoi koniarze – wskazał palcem Fengara – też nie przyjadą, bo galopują już do Minas Tirith z odsieczą. Smok zrobi nam tu kolejne Dale – Gondorczyk uśmiechnął się nerwowo. – Ale najpierw my dorwiemy tych Czarnych. A potem ruszamy na południe.
Anbor zwany “Rudym” skończył dopinać przeszywkę, a następnie narzucił na siebie kolczugę z ledwie widocznym wzorem Białego Drzewa na piersi.

Część II

Oddział smoczych jeźdźców wyśledzili bez trudu. Tamci najwidoczniej czuli się pewnie, nie starali się zacierać śladów. Walili uczęszczanymi traktami, ślady podkutych, drobnych kopyt górskich koni było widać z daleka. Violet jechała na przedzie. Wysoka, ścięta na chłopaka. Córka łowczego z Gwaihir, niesamowicie cięta na orków. To podobno miało coś wspólnego z jej rodziną, ale dziewczyna mało mówiła o tych sprawach i zwykła kończyć temat pełnym złości milczeniem. Nosiła pociemniałą skórznię, karwasze obite żelazem. W poprzek siodła trzymała długi, gondorski łuk, z którego rzadko chybiała. Bergel jechał przy niej na białym ogierze. Gondorczyk, rycerzyk, pewnie siódmy syn, dla którego ojcowizny zabrakło. Ale świetny jeździec i doskonały wojownik, który wieczorami grywał na lutni dworskie ballady. Coś iskrzyło między tą dwójką, tylko czasy nie sprzyjały. Wojna nadciągała z północy, południa, ze wschodu.
W środku zastępu jechał Fengar na rohańskiej klaczce, obok niego rudy Anbor z okrągłą tarczą na plecach. Na samym końcu Roddy, wystrojony jak na wiejski festyn, z przytroczonym do siodła długim mieczem w bogato zdobionej pochwie. Ciągnął za sobą obładowane pakunkami konie. Obok niego jechał Toby o ciemnej cerze i szpiczastej, czarnej brodzie. Pijak i szuler, wszystko, co najgorsze, w pogniecionym półpancerzu, ale straszny w boju. Toby był z Bree, jak wszyscy pijacy i szulerzy.

***

– Co oni tacy potulni? – mruknął Toby. – Zaraz im gorzałkę wyniosą… – Szuler z Bree jechał stępa tuż obok Anbora. Jako pierwsi wjeżdżali pomiędzy chaty, tuż za nimi Fengar. Reszty nie było widać. Wioska była niewielka, przytulona do strumienia. Ledwie kilkanaście chat budowanych z niedużych bali na skraju iglastego lasu. Dookoła falujące na wzgórzach pola i parę owczych zagród na uboczu. Chaty otaczał niewysoki parkan, przeplatany pędami kolczastych krzewów. Na samym środku niewielkie wzniesienie z rozłożystym dębem, zasadzonym dwa-trzy pokolenia wcześniej.
– Popatrz, kto tam stoi. Kobiety, siwe głowy, podrostki… – odpowiedział mu Anbor, ściągając z pleców tarczę i wieszając ją u siodła. – To pasterska osada. Mężowie są ze stadami albo poszli Fornostu bronić, za wezwaniem Namiestnika. Kto przypuszczał, że jaszczur armie zgromadzi… – Jadąc z wolna środkiem głównej ulicy, mijali pojedynczych gapiów stojących pod chatami. Na środku osady, pod dębem zebrało się około trzydziestu mieszkańców. Między nimi, na środku stał kary ogier, w którego siodle siedział ubrany na czarno mężczyzna, z wysokim hełmem na głowie i czerwonymi wstawkami zdobiącymi strój. Miał na sobie poczerniony napierśnik i zakrzywioną szablę przy boku. Koło niego stało trzech innych ubranych w czerń, podobnie opancerzonych i uzbrojonych. Na ich napierśnikach dało się dostrzec wykuty symbol smoczego łba. Kolejnych dwóch smoczych jeźdźców stało bliżej chat, pilnując koni zamkniętych w drewnianej zagrodzie. Wraz z nimi przy koniach czekał siódmy członek oddziału, ubrany w podobny czarny strój ale bez smoczych emblematów. Mężczyzna w siodle trzymał przed sobą rozwinięty pergamin, z którego czytał.
– Słuchajcie, słuchajcie! Ludu Eriadoru! Gondor opuścił was! Fornost porzucił was! Możni tych krain, na co dzień wyzyskujący… – czytający rzucił okiem na zebranych – rolników! Pasterzy! Zwykłych Arnorczyków! – Wrócił do pergaminu. – Teraz bronią swojego złota w murach Fornostu! Fornostu zbudowanego waszymi rękami! Za waszą dziesięcinę!
– Zobacz – Rudy Anbor rzucił do Fengara przez ramię – to teraz jaszczurze ścierwo opłaca zawodowych wichrzycieli. – Sięgnął do tarczy i chwycił za imacz, drugą ręką poprawił wiszący u boku miecz. – Jednak prawdą jest, że to przebiegła bestia. – Fengar zdawał się puścić te słowa mimo uszu. W skupieniu przyglądał się smoczym posłom, jednemu po drugim.
– Anbor, słuchaj… – powiedział w końcu Rohańczyk – ten przy koniach, w stroju bez emblematów… On jest mój. – Na te słowa rudy Gondorczyk obrócił się w kulbace, uniósł brwi w zdziwieniu, ale nic nie odpowiedział. – Po prostu zaufaj mi – Fengar uśmiechnął się lekko. Niespiesznym stępem dojechali tuż za półkole utworzone przez lokalnych gapiów. Czarni przyglądali im się uważnie, ale herold czytał dalej.
– …Dlatego Niegasnący Płomień, odwieczny smok Kalariagon, widząc cierpienia Eriadorczyków, ogłasza koniec tyranii Gondoru! Koniec ucisku Fornostu! Ci wszyscy, którzy hołd przed nowym panem Eriadoru złożą… Rudy popatrzył znacząco na towarzyszy i zakrzyknął:
– Hej! Smoczy heroldzie!
Wtedy Toby gwizdnął przeciągle na palcach, jakby chciał przyciągnąć uwagę zebranych. Rudy ciągnął dalej.
– Pozdrowienia przynosimy!
Herold popatrzył na tych, co mu przerwali, znad zwoju pergaminu i nachylając się, powiedział coś do jednego z towarzyszących mu żołnierzy. Tłumek gapiów począł rozstępować się, przerzedzać, czując kłopoty. Z oddali dało się słyszeć tętent kopyt, powoli rosnący na sile. Anbor kontynuował.
– Pozdrowienia od pasterzy niesiemy, coście ich na wschód od wioski pomordowali. Zapytują oni, czy baranina smakowała?
Potem wszystko potoczyło się szybko. Herold wykrzyczał kilka słów w gardłowej, górskiej mowie. Tętent rósł na sile za plecami oddziału czarnych. Ci zaczęli oglądać się, by zobaczyć, kto jedzie. Jakiś starzec podbiegł do Rudego i kładąc mu rękę na cholewie buta, powiedział: “Panie, kłopoty na nas ściągniesz!”. Tymczasem do wioski w galopie wpadł Bergel na białym koniu, z lancą w dłoni, i Roddy, trzymający oburącz długi miecz. Pasterze w panice zaczęli rozbiegać się między chaty. Galopujący jeźdźcy uderzyli zgodnie z planem na stojących pod dębem Dunlandingów. Bergel najechał wprost na herolda, który miał już szablę w dłoni. Zamarkował najazd z lewej, jednak gdy atakowany uniósł broń nad głowę, Bergel skręcił w galopie, przerzucił lancę nad końskim łbem i minął herolda z prawej, wciskając się między jeźdźca a podstawę dębowego wzgórza. Lanca przebiła czarny napierśnik i rozerwała kolcze kółka na plecach, a wyrzucony z siodła herold padł niedaleko stającego dęba karego ogiera. W tym samym czasie Roddy przejechał środkiem grupy, roztrącając na boki żołnierzy i rąbiąc to na prawo, to na lewo. Dunlandczycy nie pozostali mu dłużni, co najmniej jeden z nich sięgnął zakrzywioną szablą do boku jeźdźca. Roddy skrzywił się, ale przejechał przez grupę, zawrócił konia i ruszył do kolejnego ataku. Anbor w momencie ataku jeźdźców uderzył konia piętami i runął w sam środek zamieszania, tarczę trzymając nisko, a miecz unosząc nad głowę. Towarzyszył mu Toby, obaj zmieszali się ze smoczymi piechurami.
Fengar wyjął spod płaszcza ukryty krótki łuk i sięgnął do kołczanu przy siodle. Ruszył w kierunku wojowników pilnujących koni. Dwóch z nich dobyło już szabli i gotowali się do walki. Trzeci, którego przed chwilą wskazywał Rohańczyk, stał za plecami towarzyszy, jakby oceniał jeszcze, czy przyłączenie się do walki jest najlepszym wyborem. Jednego ze stojących na przedzie trafiła strzała Violet – dziewczyna kryła się między chatami, w miejscu, z którego widziała wszystkie potencjalne cele. Ciężka, wojenna strzała o wąskim grocie bez trudu przebiła się przez poczernioną kolczugę. Trafiony wojownik zachwiał się, wpadł plecami na poprzeczne belki zagrody i próbując się ich uchwycić, powoli osunął się na ziemię. Fengar także zwolnił cięciwę napiętego łuku. Mierzył nisko, drugiego z wojowników trafił w prawe udo. Przez twarz smoczego wojownika przemknął grymas bólu – szeroki, myśliwski grot, ześlizgując się po kościach, ciął głęboko. Trafiony chciał ruszyć do ataku, ale noga odmówiła mu posłuszeństwa. Upadł na piaszczystą ziemię przed zagrodą z końmi. Mógł tylko przeklinać Rohańczyka, co z wyraźnym wysiłkiem czynił, powoli tracąc przytomność. Ostatni z Dunlandingów przeskoczył ogrodzenie i zniknął między płoszącymi się zwierzętami. Widząc, jak uciekinier dosiada jednego z osiodłanych koników i przeskakując niskie zagrody, umyka w kierunku lasu, Fengar ruszył za nim.

Część III

Ściganego mężczyznę wytropił już na skraju lasu, gdy ten stał w strzemionach wypatrując i nasłuchując zostawionych w tyle towarzyszy. Najpewniej zastanawiał się czy wracać czy uciekać. Fengar trzymając już w ręce miecz uderzył konia piętami i popuścił mu wodzy. Gniada klacz wyciągnęła szyję i puściła się galopem przez zasłaną igliwiem wąską przecinkę. Wojownik widząc pogoń szarpnięciem obrócił konia i ruszył ku jaśniejącej w oddali łące, nie mógł już przedzierać się przez las. Fengar zaskoczył go a jeźdźcem był wybornym. Rohańska klacz której dosiadał nie miała równego sobie przeciwnika w krępym, górskim koniku ściganego – świetnym do dalekiej wyprawy przez wzgórza Eriadoru ale niezdolnym do uniknięcia pościgu. Pośród tętentu kopyt i bryzgającego na boki błota wypadli z lasu na złotą, pofałdowaną łąkę, ciągnącą się aż po zielony horyzont. Fengar zbliżał się z każdym oddechem aż w końcu niemal zrównał z przeciwnikiem, odbił na prawo. Ten spostrzegłszy go krzyknął coś w gardłowym języku, wyszarpnął szablę o przyciemnionym ostrzu i ostro najechał w kierunku jeźdźca. Żołnierz ciął z góry, dłoń miał niepewną, ruchy nerwowe, jakby liczył na to, że odgoni od siebie napastnika. Fengar pierwszy cios odbił swoim ciężkim kordem, z łatwością uchylił się przed płaskim cięciem. Samym skrętem bioder skierował konia na prawo, oderwał się od wojownika i krzykiem pogonił klacz do szybszego biegu. Ubranego w czerń wojownika wyprzedził o długość, dwie, w końcu zostawił go w tyle. Schował kord i galopując przed umykającym w lewo jeźdźcem sięgnął do łubia po krótki łuk o mocno wygiętych ramionach. Nałożył strzałę, wykręcił się do tyłu w kulbace, dociągnął cięciwę pod ucho, wymierzył. Ubrany w czarny pancerz jeździec pokrzykiwał, tłukł płazem szabli konia po zadzie i pędził ku ścianie lasu. Fengar wymierzył pod pachę, tam gdzie czarny napierśnik łączył się z kolczugą. Potem zmienił zdanie, wyczekał aż wszystkie cztery kopyta galopującej klaczki znajdą się w powietrzu i łagodnym ruchem zwolnił cięciwę. Pocisk lekkim łukiem pomknął do celu, ugodził karego ogiera tuż nad przednią nogą. Koń szarpnął głową, ugiął nogi i zwalił się w piach równiny grzebiąc czarnego jeźdźca pod koziołkującym ciałem.

***

Przez opadający pył Fengar podchodził wolno, trzymając w dłoni kord. W ostrze broni – ciężkie, obosieczne, szerokie przy końcu i węższe od strony jelca – gorączkowo wpatrywał się zwalony z konia wojownik. Czarną szablę zgubił najwidoczniej podczas upadku, cały usmarowany własną krwią i piachem, nie potrafił wstać. Odsuwał się od ostrza wsparty na dłoniach, ciągnąc za sobą jedną z nóg. Była skrzywiona w kolanie pod nienaturalnym kątem i oblepioną krwawą mazią.
– Jestem posłem! Nie możesz mnie ruszyć! – wojownik krzyczał, nadal przesuwając się po piachu. Usta miał pokrwawione, w oczach strach i szaleństwo – jestem posłem, odstąp! Wiesz komu grozisz…
– Nie wiem, ale zaraz mi powiesz – powiedział Rohańczyk zwalniając kroku by dać pojmanemu więcej czasu.
– Ja jestem Helad, poseł Niegasnącego Płomienia, prawdziwego króla, władcy Gór Mglistych, przedwiecznego smoka Kalariagona. – powiedział tamten i wyciągnął palec w kierunku Fengara – nie możesz mnie ruszyć ani ścigać bo jestem jego posłem a niegasnący płomień Kalariagon już włada tymi ziemiami. Posłów się nie atakuje gondorczyku. – Fengar przystanął z opuszczonym przy nodze ostrzem. Piach opadł, gdzieś za jego plecami postrzelony koń rzęził i umierał.
– Z jakim poselstwem jedziesz, do kogo?
– Nie twoja kurwi synu… – Fengar zaczął unosić miecz i postąpił krok do przodu.
– Do rajców z Bree! I do rady Shire! – rozwrzeszczał się jeniec. – pan nasz, Kalariagon wzywa rajców na spotkanie. By przyjąć hołd i poddanie się miast! Jeszcze raz mówię, że nie możesz…
– Gdzie masz pisma – przerwał mu Fengar kładąc ciężkie ostrze na prawym ramieniu. Tamten nic się nie odezwał tylko wytrzeszczył oczy. Odruchowo jednak ręka powędrowała mu do sakwy u prawego boku.
– Wiesz co, tak po prawdzie to żaden ze mnie gondorski wielmoża, bym miał przyjmować posłów – powiedział Fengar i chlasnął Dunlandczyka przez twarz. Ten zalany krwią zwalił się na plecy, wyciągnął przed siebie rękę w obronnym geście.
– A z ciebie zresztą żaden poseł – postąpił krok, stanął powalonemu na piersi i zakończył poselską misję pchnięciem w odsłoniętą krtań.

***

Mieszkańcy osady nie byli zbytnio zadowoleni z obrotu spraw. Za dużo było w nich obaw o konsekwencje usieczenia smoczego herolda na środku placu. Nawet pomimo zapewnień, że nikt z czarnych nie umknął na najemników patrzyli krzywo. Ale mimo wszystko oddział Anbora to byli “swoi”, więc pozwolono im zostać do wieczora. Wyniesiono im jadło i posłano po szkolonych w opatrywaniu ran. Martwych Dunlandczyków ułożono w szeregu pod dębowym wzgórzem – wszystkich dziewięciu. Bergel, który z potyczki wyszedł bez szwanku, zajmował się przepatrywaniem ich dobytku, Toby doglądał dunlandzkich koni, przeprowadzając od razu szybką wycenę. Anbor obiecał starszyźnie wioski czwartą część łupów – gest nosił znamiona rozrzutności, ale oddział potrzebował chwili wytchnienia, medykamentów, jedzenia i gościny. Sam Anbor został raniony w udo, gdy szabla przeciwnika niefortunnie ześlizgnęła się po jego tarczy. Z Roddym było gorzej, został pchnięty pod żebra i prawdę mówiąc nikt nie wiedział czy przeżyje. Teraz leżał na stole w jednej z chat, pod opieką lokalnego medyka i Violet.

Słońce chyliło się ku zachodowi. Pod jedną z chat siedział Anbor z obwiązaną opatrunkiem nogą, przed nim stał Fengar.
– Nie zostanę, nie mogę – powiedział Rohańczyk – mam coś do zrobienia na zachodzie, ruszam od razu. – Anbor długo przyglądał się kompanowi nim coś odpowiedział. W końcu pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Jedziesz do Bree? Tam masz swojego łącznika? – na te słowa Fengar spiął się, z trudem starał się ukryć zaskoczenie. Zmierzył przyjaciela spojrzeniem. Anbor uśmiechnął się na to
– No daj spokój, lata służyłem w armii. Takich jak ty, rozpoznaję z daleka. – Dowódca oddziału zadowolony z siebie wsparł ręce na udach i skrzywił się z bólu, bo zapomniał o rannej nodze.
– Fengar…Mogę spytać co znalazłeś przy tym, którego dopadłeś w lesie? – Gondorczyk spoważniał, cierpliwie czekał na odpowiedź. Fengar wyraźnie wahał się, postąpił kilka kroków. Zapatrzył na horyzont skąpany w czerwieni. Potem cicho odpowiedział:
– Sporo. Nazwiska, daty, hasła. Zaadresowane pisma do możnych, wojskowych, rajców z Bree i Shire. Pełne obietnic i zawoalowanych gróźb. Niekiedy dowodzące ciągnącej się współpracy – powiedział głosem pozbawionym emocji – pod podwójnym dnem też rozkazy spisane szyfrem. Jeśli je odkodujemy… – uśmiechnął się, ale smutno.
Trwali przez chwile w milczeniu. Ciepły wiatr delikatnie poruszał liśćmi dębu. To mógłby być naprawdę miły wieczór.
– Wiesz, że możesz jechać z nami, na południe? – Anbor powiedział łagodnie – Nie musisz ginąć w przegranej wojnie…
– Przegranej? – zdziwił się Rohańczk.
– Tak, przegranej. Ta wojna została przegrana najpierw pod Fornostem, gdy kultyści odgrzebali śpiącego smoka pod nosem najznamienitszych rodów, potem w Minas Tirith, gdy król bezczynnie pozwolił zjednoczyć się Easterlingom. – dowódca najemników pochylił się opierając na zdrowej nodze – Ostatecznie wojnę przegrał Achos, który najpierw dał się wykiwać przez zdrajców a potem zdezerterował. Czy chcesz umrzeć w przegranej wojnie? – Fengar zdawał się nie usłyszeć pytania. Smutno uśmiechnął się i wyciągnął rękę do dowódcy.
– Bywaj przyjacielu, na mnie już czas. – Obaj uścisnęli sobie dłonie. Mocno, po żołniersku. Fengar ruszył w kierunku uwiązanego konia, ale w pewnym momencie odwrócił się. Idąc nadal, tylko tyłem, zawołał:
– Wojna jeszcze nie jest przegrana. I to jest wojna każdego z nas. Wojna totalna, przed którą nie będziesz mógł się ukryć. Musisz dokonać wyboru Anbor – uśmiechnął się szeroko – A ja wiem jakiego dokonasz.
Fengar odjechał w kierunku Bree, tam czekała na niego Deorwyn, dyplomatka w służbie Rohanu, jego bezpośrednia przełożona. Anbor nie rozmawiał już z nikim tego wieczora, długo natomiast przyglądał się swojej kolczudze, na przodzie której jaśniejsze kółka tworzyły wzór Białego Drzewa. O świcie Violet obwieściła, że Roddy umarł i że trzeba go pochować.