“Stary Las” – wstępniak cz.1

Krople chłodnego zimowego deszczu tłukły intensywnie w płaszcz wędrowca. Zrezygnowany spojrzał w zasnute deszczowymi chmurami niebo i ruszył w dalszą drogę. Nagle jego oczom ukazała się grupa drewnianych domów, z których jeden ewidentnie wyglądał na karczmę. Bergil zdziwił się, był przekonany, że najbliższym zajazdem będzie dopiero Rozbrykany Kucyk, do którego miał jeszcze długą drogę – zwłaszcza bez konia. „Sporo się tu zmieniło” pomyślał i wszedł do środka. Po chwili siedział już z miską gorącego gulaszu i kuflem piwa przy stole w dużej sali, grzejąc stopy przy kominku. Nie czekał długo na towarzystwo. Dosiadł się do niego kędzierzawy hobbit, któremu blizny znaczące twarz przybysza i znoszony płaszcz trzeciej kompanii lekkiej jazdy z Fornostu powiedziały wszystko. To ta sama kompania której pół stanu poległo broniąc Bree i Shire. Już po chwili hobbit zaoferował kolejny kufel piwa i rozpoczął wypytywanie o wieści ze świata. Dwa lata już minęły od pamiętnych wyborów namiestnika, a rok od czasu, kiedy udało się siły Aernara odepchnąć od murów Fornostu i ludność Arnoru mogła wrócić do codziennych spraw zamiast z trwogą oczekiwać doniesień ze stale przesuwającego się frontu. Jednak zawsze to lepiej zasięgnąć języka – nigdy nie wiadomo co przyniesie przyszłość, a przezorni mieszkańcy Północy mimo fortunnego obrotu spraw nie byli przepełnieni nadzieją i ufnością w łaskawość losu.
– Wiele się zmieniło przez te lata – kontynuował przybysz – szedłem tu przez Shire, dalej widać zniszczenia, rosną wszędzie też te przeklęte czarne drzewa. We wszystkich ćwiartkach obsiewa się znowu pola, powoli odbudowują nawet plantacje fajkowego ziela. Mówią, że to zasługa jakiegoś maga z Południa. Na gościńcu było też całkiem spokojnie odkąd Strażnicy wrócili na szlak.
– Słyszeliśmy, że pomogli wam przy wypieraniu wroga spod Fornostu.
– To prawda. Bez nich nasze straty byłyby jeszcze większe. Nic dziwnego, że potem wielu z mojej kompanii poszło do nich. To dobra i ważna służba, o ile możesz jeszcze patrzeć na miecz… – Bergil zamilkł na chwilę. – Ale teraz czas na was panie, co słychać w Bree? Skąd w ogóle ta karczma tutaj?
Hobbit uśmiechnął się na to pytanie i już otwierał usta by odpowiedzieć, jednak nie zdążył. Powietrze rozdarł głośny dźwięk, którego Bergil nigdy nie słyszał i nie za bardzo umiał nawet z czymś porównać. Meble i naczynia zatrzęsły się wraz z ziemią, słychać było coś jakby stąpanie. Weteran wybiegł na zewnątrz, jednak z początku niczego nie dostrzegł. Po chwili wydało mu się, że w oddali poruszają się drzewa, jednak nie od wiatru, ale jakby… jakby same się poruszały. Po chwili uspokoiło się i nie było już widać i słychać niczego poza wiatrem i deszczem. Bergil wrócił do towarzysza, którzy – co go zaskoczyło, nie okazał wielkiego poruszenia tym co zaszło. Zapytany o to wzruszył ramionami.
– A zjawia się tu czasem, potupie, pohałasuje, ale żadnej krzywdy nikomu nie robi. Ot, pojęczy i pójdzie dalej.
– Ale co to? Skąd się wzięło? Kiedy zaczęło się pojawiać?
– A ja wiem co? Jakby drzewo, ino chodzi. Ostatnio tyle się działo, że i człowiek mniej się dziwi takim rzeczom, a dziadek mój wspominał, że dawno temu pan na Brandy Hall opowiadał o chodzących drzewach i tym, że z nimi w przyjaźni żył. A od kiedy? Będzie z miesiąc chyba.
Siedzieli jeszcze długo tego wieczora pijąc i rozmawiając. Nie słyszeli, bo i usłyszeć nie mieli jak, krzyku przerażonego człowieka który rozległ się na bezdrzewnych wzgórzach kilka mil dalej. Zresztą, krzyk ucichł dość szybko i na wzgórzach ciszę mącił tylko chłodny wiatr, wiejący od północy.